poniedziałek, sierpnia 29, 2005

Batman chce grać w T Love...

Czubek: Radosne dni Miasta Świętej wieży ja i Nimrod uświetniliśmy swoją obecnością. To znaczy, jak za Starych Dobrych Licealnych Czasów, wybraliśmy się na koncert T Love. Wrażenia - 50 % dobrej zabawy, 30% nostalgii i łezki w oku za SDLC, 20% wyklinania niewychowanej młodzieży (ach, my to byliśmy...). Wiecie, stojąc pod tą sceną, pod tym pomnikiem, wśród tłumu ludzi, czułam się jak emerytka. Dookoła średnia wielku 12-15 (nie żebym miała coś przeciwko młodym ludziom, ale w tym wykonaniu...), większość szklane oczy po jednym z pierwszych w życiu piv, panienki zrobione jednorazowo na pseudopunksiary, chłopaczki niższe ode mnie (a to osiągnięcie, bo mam niecałe 160), wszyscy się ryją jak szaleni, zamiast się bawić. I tak sobie też pomyślałam, że się starzeję. Bo ja TEŻ kiedyś miałam 15 lat i wtedy TEŻ skakałam na koncertach T Love. Nie pamiętam tylko, jak było z moją kulturą wtedy i samozaparciem do taranowania innych, ale na pewno się świetnie bawiłam. Smutno mi się zrobiło chwilowo. Ale, po krótkim czasie wahania i szukania odpowiedniego miejsca do skakania, zaczęliśmy się z Nimrodem dobrze bawić, ja zrezygnowałam z hamulców agresji (przepraszam tych, których złokciowałam, zbarowałam, kopnęłam za deptanie, zdeptałam samodzielnie, w tym Nimroda, który mnie dzielnie bronił przed motłochem i brał na siebie część razów z jego i mojej strony, jak również trzymał moje spodnie i koszulkę ;)). Różnica pokoleniowa objawia się też w reakcji na poszczególne piosenki. Małoletni w 75 % tłum zna jakieś Ajrisz i Chłopaki nie płaczą, już przy Wychowaniu na przykład ma problem. To tyle o koncercie, po nim wypiłam rytualne pivko, niestety sama, bo 50 % z nas musiało prowadzić ;) Wybaczcie moje zamiłowanie do podawania procentów, ale jestem ostatnio zakochana w pewnym tekście z (byłego) Siarkazmu o sondażach, do którego to linka Wam podaję. Kliknij tam gdzieś.