środa, lutego 21, 2007

Piękną mamy jesień tej zimy.

Czubek: Po tym niezobowiązującym tytule, nawiązującym w brytyjskim stylu do warunków atmosferycznych, witam wszystkich bardzo serdecznie. Są ferie (zwane przez niektórych przerwą międzysemestralną), lenistwo aż nieprzyzwoicie, dla ścisłości ostatnie 10 dni spędziłam na:
- oglądaniu tv
- siedzeniu przy komputerze
- pomaganiu w remoncie
- spotykaniu się ze znajomymi
- malowaniu paznokci
- malowaniu się
- chodzeniu na zakupy
- czytaniu różnych różności.
Katalog raczej zamknięty, ograniczony i mało ambitny, ale przynajmniej sobie odpoczęłam. W piątek wracam do Wrocławia w celach edukacyjnych przede wszystkim, ale i towarzyskich (Tianie, zapraszam po odbiór garderoby bądź dodatków - jak kto woli :P). Kurcze. Po tak długiej nieobecności powinno się tu chyba znaleźć coś innego, ale muszę iść sobie zrobić kawę. Zmienia się pogoda, na wschodzie mrozy, na zachodzie nie, zmiany ciśnienia towarzyszą tym zjawiskom, a ja, jako etatowa meteopatka, zaczynam odczuwać dyskomfort ( jak to mawia moja rodzicielka - bierze mię od kłęba:)). Dlatego też w imię spokoju nas wszystkich muszę wypić wielką, mocną kawę z mlekiem.

Chyba powinnam zostać pogodynką.

czwartek, grudnia 28, 2006

28 grudnia

Czubek: Skrycie podziwiam osoby, które potrafią regularnie, a co poniektórzy w dodatku ciekawie, rejestrować to, co się dzieje w ich życiu, na blogu. Też bym tak chciała.

Dość żenujące jest siadanie do bloga i wylewanie na nim swoich frustracji, dołów i tym podobnych dyskomfortowych dla człowieka stanów. Wszyscy, kiedy jest nam źle chcemy, żeby ktoś zwrócił uwagę na to, jak bardzo mamy do dupy. Na dobrą sprawę ten mechanizm działa w dwie strony - kiedy się napisze komuś takiemu, że się z nim jest i że da radę, człowiek się czuje taki lepszy i wspierający.

Stąd też moja ostatnia absencja w tym miejscu. Jako żem dalej niepogodzona z życiem, z tendencją spadkową na dodatek, na tym się skupiam i o tym myślę. I o tym też miałabym potrzebę pisać. Nie jest fajnie.

Nie mniej jednak pozdrawiam i życzę pomyślnego Nowego Roku. To napisałam ja (w kiepskiej formie, ale dalej po cichu licząca na magiczną moc noworocznych postanowień, na nieustanne zaczynanie wszystkiego od nowa, na to, że się poprawi).

poniedziałek, grudnia 18, 2006

Virtual Insanity?

Nimrod:
Po długiej przerwie chciałbym znów zacząć pisać korzystając z dzisiejszej aury pisaniowo-siedzeniowej w domu, która mnie opanowała.
U nas ogólnie wszystko w porządku, studiujemy sobie, niektórzy mają luźniej (ja;), niektórzy troszke ciężej, ale i tak razem staramy sobie dawać radę, żyć, cieszyć się i wytrwać trochę w tym wszystkim.
A co do tytułu... To będzie trochę zlev (nowa nazwa strumienia świadomości, czyli pisania co-przyjdzie-do-głowy...) o ogólnej sytuacji kulturowo-komunikacyjnej która wokół nas istnieje.
"Time" umieścił na okładce ostatniego numeru lustro, podpisując je hasełkiem "YOU". A to wszystko ma związek z corocznym przyznawaniem tytułu "osoby roku".
I mnie tu coś zastanawia...Czy każdy z nas korzysta z internetu aż w tak wielkim stopniu "czynnie", by mieć na niego jakiś duży wpływ? Przecież ogromna liczba osób po prostu "surfuje" po stronkach, forach i tak dalej nie wkładając w to większej kreatywności i wysiłku twórczego. Nie w tym nic złego! Internet jest według mnie wcale nie tak prostym medium. Synteza zmysłów jaka zachodzi w korzystaniu z niego jest ogromna, nieporównywalna z niczym co nawet McLuhan sobie wymarzył. Nie wszyscy są skłonni do uczestnictwa, do poddania się tej integracji zmysłów. Wiem to po sobie, wolę bowiem włączyć telewizor i obejrzeć w nim wiadomości, niż ślęczeć przed kompem i szukać wszystkiego. To wygodne. Wolę jak mi coś jest podawana na tacy, niż gdybym miał po to sam biegać.
Dziwię się ludziom ślepo zachwycającymi się internetem, jego możliwościami, i poświęcający całe swoje życie towarzysko-zawodowe tylko po to żeby ślęczeć w tej permanentnej schizofrenii mnogości i nieskończoności.
Chciałbym wiedzieć jak badacz za 50 lat nazwie erę komunikacyjno-społeczną w jakiej żyjemy dziś. Jak na razie wszelkie nazywanie jej okazują się dla mnie wymyślane na siłę, sztuczne, i po prostu głupie. Jest to ciekawe, ale jak już mówiłem, mocno schizofreniczne. Brak bliskości nadrabiany pseudo bliskością gadu-gadu? Brak poczucia wspólnoty(plemiennej?) nadrabiany różnorakimi forum? Nie wiem. Dziwne jest to wszystko, nie jestem w stanie w tej chwili poddać się aż tak głębokiej refleksji żeby choć liznąć sens tego jak internet zmienia nasze życie. Jedno jest pewne, jest to przedsionek nowej ery, internet jest czymś co można będzie zaliczyć do McLuhanowego języka mówionego,alfabetu fonetycznego, ruchomej czcionki i telegrafu. Co z tego wyjdzie? Ch...wi?

środa, września 06, 2006

Nie to chciałam powiedzieć.

Czubek: Chciałam coś napisać, ale doszłam do wniosku, że to jest złe miejsce. Powinnam założyć konkurencyjnego bloga z serii "Moje życie jest do dupy/nie mam przyjaciół/nikt mnie nie rozumie/wali mi się świat/przestałam mieć marzenia/idę się pociąć/powiesić/dokonać samospalenia/itd."

Nimrod tu nic nie pisze i tak. Mnie się też nie chce. W ogóle mi się nic nie chce.

Do zobaczenia na moim nowym blogu: pieprzona-schizofrenia-sie-zacznie-juz-niedlugo-czyli-ja-kinga-i-ja-na-studiach.blog.pl

wtorek, sierpnia 29, 2006

Destrukcja.

Czubek: Coraz bardziej niepokoi mnie fakt, że moje pisanie o polityce, rozmowy z Nimrodem i innymi ludźmi, to, o czym dość często rozmyślam sprowokowana kolejnymi incydentami, których siłą sprawczą jest nasza władza, sprowadzają się do jednej myśli przewodniej - destrukcja. Chyba jeszcze nigdy nie padło to słowo między nami, czuje się to raczej intuicyjnie, ale po zastanowieniu doszłam do wniosku, że tak należy nazwać to, co się dzieje w kraju. A dzieje się źle.

Destrukcją jest odcinanie się od przeszłości "grubą kreską", nie metaforyczną Mazowieckiego, tylko dosłowną - PiSowską. Na czym to działanie polega i jakie ono jest? Otóż jest to bardzo mało skomplikowany proces - przekreśla się dokonania innych, którzy nie byli związani z obecnie rządzącą ekipią. A ponieważ obecnie rządząca ekipa przeżywa swój debiut na arenie politycznej, PiSowska "gruba kreska" sprowadza się do zaprzeczenia bądź też umniejszenia osiągnięć ludzi po czasach Piłsudskiego, do czasów Kaczyńskich. Dorobek poprzednich rządów, kamienie milowe dla budowania pozycji Polski na arenie międzynarodowej po 89 roku, takie jak wprowadzenie gospodarki rynkowej, wprowadzenie Polski na zachodnioeuropejską scenę polityczną, potem do NATO i UE, wszystkie osiągnięcia, na które pracowano przez 15 lat, w ciągu kilku miesięcy rządów ekipy Kaczyńskich są systematycznie niweczone. Błąd za błędem, faux pas za faux pas, tak wygląda polityka zagraniczna naszego obecnego rządu. Urażona duma, zbyt długo czekające na realizację, przedawnione ambicje - oto czym zdaje się kierować obecna ekipa rządząca. Piętnaście lat po rozpocząciu transformacji ustrojowej, nastapił krok wstecz - w polskiej polityce w tej chwili stosuje się metody, które mogły by być zrozumiałe (co nie znaczy, że właściwe), zaraz po 1989 roku.

Dla Kaczyńskich nie ma świętości. Panowie popełniają błąd, który zrobiono podczas rewolucji w Rosji, a który popełnił później Stalin - podcinają przysłowiową gałąź, na której siedzą. Ci pierwsi zniszczyli administrację, ten drugi zamordował większość generałów, a Kaczyńscy niszczą "ołtarze przeszłości". Mazowieckiego, Bartoszewskiego i Geremka, dotychczasowe ikony polskiej polityki, znane i otoczone szacunkiem na Zachodzie, które zasłużyły się dla naszego kraju bardziej niż wszyscy członkowie PiSu i ich rodziny razem wzięci, zostały zastąpione nowymi. Ojcem Dyrektorem (komentarz zbędny), bezwolną Anną Fotygą (minister spraw zagranicznych, która co prawda nie ma swojego zdania i mieć go nie może, ale za to nie jest byłym (ani obecnym) szpiegiem radzieckiego wywiadu), Macierewiczem Antonim (pieniaczem, który w każdym normalnym kraju byłby traktowany ze swoimi niezrównoważonymi poglądami jako folklor polityczny), Ziobro Zbigniewem (który ze znikomym doświadczeniem zawodowym, za to wyróżniającą się polityczną poprawnością zostaje Prokuratorem Generalnym).

Wygląda na to, że panowie Kaczyńscy uczyć się na cudzych błędach nie chcą. Nie wiem, co będzie dla nas gorsze - brnięcie do wyborów w ten przysłowiowy kozi róg, paląc za sobą mosty, czy opamiętanie w pewnym momencie, szybka lekcja z własnych pomyłek i realizacja toksycznych "pięciu punktów" w bardziej cywilizowany i, niestety, skuteczniejszy sposób.

Jestem pełna obaw. Mój niepokój tylko podsyca to, co dziś przeczytałam - esencja mojego poglądu, na to, co się dzieje w...rosyjskiej prasie. To smutne, że oni się szybciej zorientowali, niż my.

sobota, sierpnia 26, 2006

Malamuty.

Nic piękniejszego i kochańszego.

poniedziałek, sierpnia 21, 2006

Hercliś wilkomen!

Czubek: Wrocławskie Weekendowe Klimaty już za nami. Bawiliśmy się naprawdę dobrze (przynajmniej ja, Nimrod i Szlaq, za resztę nie mogę się wypowiedzieć). Enemef fantastyczny, co zresztą było do przewidzenia, zważywszy na filmy i hasło przewodnie ;) Wiele do życzenia pozostawiała widownia - większosć dzieciaków (studenci w domu albo na Wyspach), które chyba nie do końca czują Monty Pythona albo "Rejs", biorąc pod uwagę chociażby momenty, w których wybuchali śmiechem. W sobotę poznałam dziewczynę, która od października będzie z nami mieszkać, w niedzielę byliśmy w ZOO, w Ogrodzie Japońskim i na bilardzie. Zostałam profesjonalnie oblana kuflem piva (to już drugi raz w tym miesiącu wylewają na mnie piwo na bilardzie no :/ !!). Pogoda dopisała, zresztą chyba nie tylko my to zauważyliśmy, bo w sobotni wieczór na wrocławskim Rynku nie znaleźliśmy ani jednego wolnego miejsca na zewnątrz. Nie lubię chodzić po starówce w takim tłumie, szczerze mówiąc najprzyjemniej nam się spacerowało o 5 rano, kiedy wracaliśmy po enemefie. Wtedy Rynek jest fantastycznie oświetlony i prawie pusty tak, że można naprawdę cieszyć się chwilą. Pięknie... Mimo niejakich problemów natury logistycznej (Wrocław jest w jednym wielkim nieustającym remoncie, główne punkty miasta rozkopane, komunikacja miejska nie ma nic wspólnego z tą sprzed wakacji!) daliśmy radę, a ja tylko utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma bardziej klimatycznego miejsca do studiowania. I nie tylko. Hercliś wilkomen!