Czubek: Coraz bardziej niepokoi mnie fakt, że moje pisanie o polityce, rozmowy z Nimrodem i innymi ludźmi, to, o czym dość często rozmyślam sprowokowana kolejnymi incydentami, których siłą sprawczą jest nasza władza, sprowadzają się do jednej myśli przewodniej -
destrukcja. Chyba jeszcze nigdy nie padło to słowo między nami, czuje się to raczej intuicyjnie, ale po zastanowieniu doszłam do wniosku, że tak należy nazwać to, co się dzieje w kraju. A dzieje się źle.
Destrukcją jest odcinanie się od przeszłości "grubą kreską", nie metaforyczną Mazowieckiego, tylko dosłowną - PiSowską. Na czym to działanie polega i jakie ono jest? Otóż jest to bardzo mało skomplikowany proces - przekreśla się dokonania innych, którzy nie byli związani z obecnie rządzącą ekipią. A ponieważ obecnie rządząca ekipa przeżywa swój debiut na arenie politycznej, PiSowska "gruba kreska" sprowadza się do zaprzeczenia bądź też umniejszenia osiągnięć ludzi po czasach Piłsudskiego, do czasów Kaczyńskich. Dorobek poprzednich rządów, kamienie milowe dla budowania pozycji Polski na arenie międzynarodowej po 89 roku, takie jak wprowadzenie gospodarki rynkowej, wprowadzenie Polski na zachodnioeuropejską scenę polityczną, potem do NATO i UE, wszystkie osiągnięcia, na które pracowano przez 15 lat, w ciągu kilku miesięcy rządów ekipy Kaczyńskich są systematycznie niweczone. Błąd za błędem, faux pas za faux pas, tak wygląda polityka zagraniczna naszego obecnego rządu. Urażona duma, zbyt długo czekające na realizację, przedawnione ambicje - oto czym zdaje się kierować obecna ekipa rządząca. Piętnaście lat po rozpocząciu transformacji ustrojowej, nastapił krok wstecz - w polskiej polityce w tej chwili stosuje się metody, które mogły by być zrozumiałe (co nie znaczy, że właściwe), zaraz po 1989 roku.
Dla Kaczyńskich nie ma świętości. Panowie popełniają błąd, który zrobiono podczas rewolucji w Rosji, a który popełnił później Stalin - podcinają przysłowiową gałąź, na której siedzą. Ci pierwsi zniszczyli administrację, ten drugi zamordował większość generałów, a Kaczyńscy niszczą "ołtarze przeszłości". Mazowieckiego, Bartoszewskiego i Geremka, dotychczasowe ikony polskiej polityki, znane i otoczone szacunkiem na Zachodzie, które zasłużyły się dla naszego kraju bardziej niż wszyscy członkowie PiSu i ich rodziny razem wzięci, zostały zastąpione nowymi. Ojcem Dyrektorem (komentarz zbędny), bezwolną Anną Fotygą (minister spraw zagranicznych, która co prawda nie ma swojego zdania i mieć go nie może, ale za to nie jest byłym (ani obecnym) szpiegiem radzieckiego wywiadu), Macierewiczem Antonim (pieniaczem, który w każdym normalnym kraju byłby traktowany ze swoimi niezrównoważonymi poglądami jako folklor polityczny), Ziobro Zbigniewem (który ze znikomym doświadczeniem zawodowym, za to wyróżniającą się polityczną poprawnością zostaje Prokuratorem Generalnym).
Wygląda na to, że panowie Kaczyńscy uczyć się na cudzych błędach nie chcą. Nie wiem, co będzie dla nas gorsze - brnięcie do wyborów w ten przysłowiowy kozi róg, paląc za sobą mosty, czy opamiętanie w pewnym momencie, szybka lekcja z własnych pomyłek i realizacja toksycznych "pięciu punktów" w bardziej cywilizowany i, niestety, skuteczniejszy sposób.
Jestem pełna obaw. Mój niepokój tylko podsyca to, co dziś przeczytałam - esencja mojego poglądu, na to, co się dzieje w...
rosyjskiej prasie. To smutne, że oni się szybciej zorientowali, niż my.